Im bliżej rozpakowania, tym bardziej jestem przerażona. Z jednej strony chciałabym mieć już to za sobą, gdyż mimo, że przez osiem miesięcy trzymałam się dzielnie, to dziewiąty miesiąc zrobił się nerwowy i nawet podczas zwykłych spożywczych zakupów mam ochotę porozjeżdżać wszystko wózkiem. Z drugiej strony oddalam od siebie myśli i cofam w wyobraźni wskazówki zegara. Nie jestem pewna jak daleko cofam, czy tylko kilka tygodni sobie dodaję, czy też całe dziewięć miesięcy, bo często pojawia się myśl: "w co ja najlepszego się wpakowałam?". Szybko jednak stawiam się do myślowego pionu i działam. Gdy tak działam i ponownie falę uderzeniową z allegro przyjmuję, nadziwić nie mogę się, jak bardzo zmienił się mój gust. PRZED JJ wszystko miało odcień niebieski. Nie wiem dlaczego dałam się złapać w pułapkę zwykłości. Później obiecywałam sobie, że przy drugim dziecku nadrobię niespełnione kolorów zaległości. Tym sposobem dużo teraz u nas żółci, śliwki i zieleni. JJ zaakceptował zmiany w naszej sypialni i chyba rozumie co się w niedalekiej przyszłości święci, gdyż do łóżeczka Kulki z zaangażowaniem wrzuca klocki, a pytany o swoje sypialniane miejsce, biegnie do swojego pokoiku i paluszkiem pokazuje "tu".
Etykiety
badania
(3)
bunt
(1)
choroby
(5)
ciążowa moda
(15)
ciążowe emocje
(25)
ciążowe tematy
(8)
dziecko i kot
(5)
gadżety
(1)
garderoba astronauty
(3)
garderoba kulki
(1)
gry i zabawy
(14)
konkurs
(2)
książki i poradniki
(2)
kulinarnie
(4)
macierzyństwo
(59)
mama wraca do pracy
(6)
odpieluchowanie
(1)
pociążowa moda
(2)
podróże
(8)
rodzeństwo
(11)
rozwój astronauty
(49)
rozwój kulki
(6)
skoki rozwojowe
(5)
tacierzyństwo
(2)
wychowanie
(9)
wyprawka
(10)
zachcianki
(3)
związek
(3)
żłobek
(4)
żywienie
(12)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciążowe emocje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciążowe emocje. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 26 listopada 2012
sobota, 24 listopada 2012
zbieractwo
Nie potrafię do końca zakwalifikować swojej osoby do konkretnego typu przechowywaczów. Z jednej strony bez sentymentu zarządzam porządki, segreguję, wyrzucam. Z drugiej strony zaśmiecam strych rodziców pamiętnikami z lat młodzieńczych, martensami w kwiatki, kolorowymi karteczkami, sentymentalnymi we wspomnieniach sukienkami. Jestem posiadaczką kartonu z napisem: wspomnienia Evelio, w którym znaleźć można prawdziwe cuda: nieużytą świecącą laseczkę, która zakupiona w sklepie wędkarskim służyć miała na imprezie techno (12 lat), Pana K. od mojego obecnego męża (10 lat), papierośnica przywieziona z Francji od przyjaciółki (8 lat), kajdanki z wieczoru panieńskiego (2 lata) i wiele innych. Lecz z całą swoją kolekcją i tak nie jestem w stanie przebić zbieractwa Krisa. Gdyby nie moja determinacja we wprowadzaniu regularnych akcji: czystki, zginęlibyśmy pod górą dokumentów sprzed prawie dwudziestu lat, de mode koszulami, które jeszcze się przydadzą, zbyt ciasnymi spodniami, w które mąż mój na pewno jeszcze kiedyś się zmieści i nieważne, że od dziesięciu lat jednak się nie mieści, koszulkami spranymi, poszarpanymi, ale przecież na trening nadającymi się w sam raz oraz sprzętem, który nie działa, ale przecież się naprawi. Trzy tygodnie przed rozpakowaniem, po zakupieniu i przygotowaniu dosłownie wszystkiego co do przygotowania mi pozostało, po podpuszczeniu ambicji przez perfekcyjną białą rękawiczkę (sprawdziłam: takie życie to mission impossible) szukam, węszę, wycieram, przestawiam, octem zalewam, segreguję i mobilizuję. Stary odkurzacz nie dźwignął presji, więc kupiliśmy nowy...
Evelio: gdzie najlepiej oddać stary, popsuty sprzęt AGD?
Kris: oddać??? odkurzacz? naprawi się!
Evelio: tak jak ten czajnik, który trzy lata już czeka aż się naprawi?
Kris: ...czajnik trzeba wyrzucić.
środa, 14 listopada 2012
lepiej mnożyć niż dzielić
Ostatni miesiąc przed rozpakowaniem. Zamawianie, kupowanie, pranie ubranek z kartonów odszukanych. Staram się zrobić jak najwięcej przed, gdyż po to już inną historią nasza rodzina będzie żyła. Uzupełniam pierwszy album Bubusia, porządkuję jego zdjęcia i wybieram do wywołania, odszukuję filmiki, otwieram nowy rozdział w pierwszym albumie dla Kulki. Prasuję malutkie rzeczy już nie Bubusiowe a Kulkowe i rozmyślam. Rozmyślam o miłości. I zadaję sobie pytanie, czy zdolna jestem na nowo pokochać, tak bardzo jak teraz kocham, te włoski miękkie pachnące wspaniale, tę o piątej rano małą rączką podaną o Muminkach książeczkę, to gładzenie mnie po włosach podczas zasypiania, ten mądry wzrok towarzyszący wyłączaniu z premedytacją telewizora, to ciałko ciepłe, buziaki i "noski noski", ananasowe smaczne "myyyyy", dzikusa szczęście podczas odbierania ze żłobka, to BRAWO! wyklaskane, gdy samodzielnie pielucha trafi do kosza, do pleców spontaniczne przytulanie, próby liczenia podczas wchodzenie po schodach "yyy" (1), "yyy" (2), "tsyyy" (3), te reprymendy dla rodziców palcem wskazane "no no no", taneczne pląsy, te łzy grochu do utulenia. I nie mogę oswoić myśli, że tak bardzo pokochać mogę raz jeszcze. Wtedy przypominam sobie rozmowę dwóch mam:
Mama pierwsza: Czy będę potrafiła z drugim dzieckiem podzielić się miłością, którą posiadam?
Mama druga: Miłości się nie dzieli, miłość się mnoży...
fot. Evelio
czwartek, 23 sierpnia 2012
różnice
W głowie piszę ten tekst, odkąd dowiedziałam się, że jestem w drugiej ciąży. Piszę, piszę i piszę już...pięć miesięcy. Po ostatnim upewnieniu się w kalendarzu internetowym, iż rozpoczęłam z Kulką szósty miesiąc, doszłam do wniosku, że czas przelać myśli na ekran komputera. Dlaczego za pomocą internetu aktualizuję w głowie terminarz ciążowy? Gdyż notorycznie zapominam, w którym tygodniu ciąży jestem. A jeżeli nie zapominam, to żyję w przekonaniu, że jest to 19 tydzień, po czym ze zdziwieniem odkrywam, że to tydzień 23. Ale od początku...
Nie żałuję żadnego dnia z ciąży Kubusia. Od 11 tygodnia byłam na zwolnieniu lekarskim. Delektowałam się spokojem, lenistwem, wiłam gniazdo. Zamawiałam, dobierałam, prałam, prasowałam. Mimo, że na gotowanie rzadko mam ochotę, z pasją piekłam, miksowałam i podsmażałam. Czytałam książki o ciąży, wychowaniu dzieci, każdego dnia śledziłam z wypiekami na policzkach kalendarz ciążowy. Analizowałam jak rozwija się maluch, czy wszystko już, co wyrosnąć miało, wyrosło i na jakim jest etapie odczuwania. Książkę o diecie ciążowej też miałam. Każdego dnia obiecywałam sobie, że jeść będę mniej i zacznę w końcu ciążowo ćwiczyć. Wyobrażeń o macierzyństwie miałam wiele, ambicji i planów jeszcze więcej.
Nie żałuję żadnego dnia z dotychczasowej ciąży Kulki. Pracuję, spełniam się i na razie na zwolnienie się nie wybieram. Delektuję się radością każdego dnia, wschodzącym słońcem o poranku, kreatywnymi pomysłami i wyzwaniami, uśmiechem Kubusia po moim powrocie do domu. Lista wyprawkowa skurczyła się do kilku pozycji, bo z wyjątkiem paru rzeczy, Kulka dziedziczy spadek po bracie. Czasu na gotowanie brak, choć przepisy z zaangażowaniem zbieram i w wyobraźni gotuję i powidła ze śliwek do słoików pakuję. Książki o ciąży są w stanie wypożyczenia, kalendarz ciążowy natomiast w częstym stanie zawieszenia. Wyobrażeń o wychowaniu dwójki wystrzegam się jak ognia, podszepty odrzucam, bo nauczona doświadczeniem wiem, że życie i tak wszystko zweryfikuje. I tylko każdego dnia obiecuję sobie, że jeść będę mniej i zacznę w końcu ciążowo ćwiczyć.
wtorek, 10 lipca 2012
warunki zewnętrzne
Mifku gdy w brzuchu jeszcze pływał, warunki zewnętrzne miał iście sielankowe. Mama "architekt" na zwolnieniu lekarskim w domu leniem leżała, czytała, oglądała, muzyką ucho poiła. Czasami spacer się zdarzył lub wizyta późnych gości. W etapie najbardziej aktywnym wyprawkowałam Młodego i realizowałam wenę gastronomiczną. Podsumowując: luz, jazz i stosunek obojętny. Obecnie sytuacja wygląda nieco odmiennie. Staram się być osobą zdystansowaną i generalnie zadowoloną, więc psychicznie Kulki nie dręczę problemami własnymi. Ale gdy podsumowałam ostatnie tygodnie, doszłam do wniosku, że do warunków sielanki to nam daleko. Dzieje się wiele. Pływa sobie taki Maluch, pływa, a może nawet śpi, a tu nagle bach, i bach i znowu bach i śmiechu przy tym wiele. Jeszcze nie wie, że to Brat w stanie poranno euforycznym, przez cztery godziny śmiga w tą i z powrotem po rodzicach, na mamę rzuca się radośnie i w brzuch głowę chowa. Wypluwając przy tym w tempie ekspresowych słowo: tiko, tiko, tiko. Ważne to słowo, cokolwiek oznacza. Tygodnie pracowite są bardzo. Dużo słów dociera do wnętrza, rozważań, analiz i kreacji. Weekendy na pozór spokojniejsze, od środka mogą wydawać się światem niespokojnym. Jakieś bujanki, objadanki, chlupot basenowej wody i gonitwa za psem, który aktualnie pożera skarpety Brata, który to z kolei w rozpacz wpadł, gdyż Członek Rodziny postanowił umieścić go w statku misce nie przewidując przy tym sił przeciążenia. W tym właśnie momencie stwierdziłam: komedia i cyrk na kółkach prawdziwy! Ale wesoły to cyrk i mam nadzieję, że szczęśliwe będzie Ich życie.
Fot. Evelio
piątek, 8 kwietnia 2011
czerwone paznokcie
Wszystko zyskało wymiar "ostatni raz". Myśl ta przychodzi mimowolnie, jakby znienacka i nie jest nacechowana negatywnymi emocjami. Owszem ostatni raz tylko we dwoje, ale za chwilę będzie już pierwszy raz w trójkę. To był "ostatni" tydzień, przed nami "ostatni" weekend. Wczoraj byliśmy "ostatni" raz w kinie, ku zdziwieniu ludzi z widowni wybrałam "Rytuał" (polecam), dzisiaj "ostatni" raz delektowałam się smakiem zamówionych u teściowej naleśników z serem. Wszytko przygotowane: walizka spakowana, dla męża trzy nie rodzinne numery telefonów, pod które pilnie po porodzie trzeba zadzwonić zanotowane, umowa z bankiem przechowywania komórek macierzystych podpisana, pedicure zrobiony. Nie mogłam sobie odmówić soczyście czerwonych paznokci. Chyba w ten sposób naiwnie chcę zaznaczyć, że owszem zmieni się wiele, ale ja nadal będę tą samą osobą.
Dzisiaj analizując czy wszystko przygotowałam, z uśmiechem wypaliłam do męża:
"no cóż, chyba jedyną rzeczą, której nie udało mi się załatwić to spisanie testamentu". Tata nauczył mnie, za co jestem mu bardzo wdzięczna, dystansu do pewnych trudnych tematów, więc proszę wybaczcie mój czarny humor.
sobota, 2 kwietnia 2011
prawdziwe emocje
Zawsze byłam zwolenniczką teorii, która mówi o tym, że emocje najlepiej od razu rozpoznawać i jasno nazywać, gdyż trzymanie ich w sobie tylko wyniszcza nasz organizm, umysł i doprowadza do dziwnych sytuacji typu "dlaczego akurat dzisiaj musiałeś założyć ten beżowy sweter". Wiadomo - ani sweter, ani że akurat dzisiaj, nie ma tutaj nic do rzeczy. Nie potrafię ukrywać emocji. Po oczach od razu widać, że coś jest nie tak. Całe szczęście mój mąż czyta ze mnie jak z otwartej księgi i jeszcze umiejętnie nazywa przekaz. Dzisiaj coś we mnie pękło. W końcu sama przed sobą musiałam przyznać, że boję się porodu, boję się, że to już (zostało nam 10 dni), boję się tego co będzie później. Pierwszy raz w życiu wyjdę z domu z walizką, a gdy wrócę NIGDY JUŻ NIE BĘDZIE TAK SAMO! Płacząc w ramionach męża, żalę się, że to ja muszę urodzić, że to ja będę walczyła z własnymi piersiami i karmieniem, i że przerasta mnie to wszystko. Jedno magiczne zdanie pomogło: "Kochanie ja niestety nie urodzę, ale przecież dasz radę, a resztą się nie przejmuj. Skoro tak świetnie rozumiesz kota, dobrze wiesz co znaczą jego miałki, kiedy jest głodny, kiedy chce się bawić, kiedy marudzi, bo ma brudno w kuwecie, to nie dogadasz się z własnym dzieckiem? Drugim człowiekiem?". Pomogło natychmiast.
A gdy już o kotach mowa, dostałam świetne linki:
czwartek, 24 marca 2011
system nagradzania
Od kilku lat stosuję dość zabawny system. Gdy czuję, że się napracowałam, zrobiłam w końcu coś, do czego zebrać się w żaden sposób nie mogłam lub udało mi się załatwić sprawę, która wcześniej wydawała się nie do załatwienia, wtedy funduję sobie w pełni świadomie jakąś przyjemność. W dwóch sytuacjach już na wstępie wiem, że nagroda pojawi się na pewno: gdy mam załatwić coś w urzędzie lub czeka mnie wizyta w przychodni lub szpitalu. Wiem, że zdarzają się wyjątki, ale najczęściej wychodzę zdenerwowana, bo znowu zostałam potraktowana w sposób: powinna Pani już wszystko wiedzieć, a my nie jesteśmy od udzielania odpowiedzi w oczywistych kwestiach. Od tego tygodnia spotkania z moim lekarzem mam co tydzień podczas szpitalnego KTG. Dzisiaj pierwszy raz pojawiłam się na naszej Izbie Przyjęć. Stoję w kolejce i nagle słyszę jak ktoś z okienka wskazuje mnie palcem i mówi:
"Pani przyszła ze sobą?"
I już wiem, że dzisiaj to będzie Magnum oblane białą czekoladą.
czwartek, 17 marca 2011
jak spakować walizkę?
Oczywiście fizycznie, jak spakować walizkę, dobrze wiem. Otwieram walizkę i układam w niej wszystkie przygotowane wcześniej rzeczy do spakowania. Psychicznie gotowa nie jestem w ogóle. Czuję się jak za czasów studiów, gdy musiałam uczyć się do trudnego egzaminu. W momencie, gdy usiadłam do notatek, nagle okazywało się, że trzeba pojechać do miasta załatwić niecierpiącą zwłoki sprawę, w domu nagle znalazło się coś do posprzątania, a lodówka co pięć minut wzywała oferując coś dobrego do przekąszenia. Mija nam właśnie 35 tydzień. Dla komfortu psychicznego walizka do szpitala powinna być już przygotowana, bo a nuż nasz astronauta postanowi wyjść na świat wcześniej. Tymczasem okazuje się, że na zwolnieniu jest nagle TYLE spraw do załatwienia, że na pakowanie nie ma czasu. A prawda jest taka, że to całe pakowanie symbolizuje gotowość do porodu i macierzyństwa. Tylko jak tego dokonać skoro, mimo wcześniejszej naiwności, okazało się, że psychicznie przygotować się do tego podczas ciąży nie jestem w stanie, bo jak przygotować się na nieznane?
środa, 2 marca 2011
ulubione ciążowe pytanie
Przyzwyczaiłam się już do standardowych, wciąż tych samych ciążowych pytań. Jak zwykłe "dzień dobry" traktuję pytania: wymiotowałaś? jakie masz zachcianki? chłopiec czy dziewczynka? jak będzie miał na imię? ile przytyłaś (właściwie nie pojęłam jakie to ma znaczenie)? rodzisz naturalnie czy przez CC? Ale moim faworytem jest pytanie: co Ty właściwie robisz na tym zwolnieniu? I już odpowiadać mi się nie chce, więc mówię, że NIC, bo nic nie robić to przecież też sztuka. Ale dzisiaj wpadła mi do głowy pewna myśl. Powszechnie uważa się, że gdy ktoś przerzuca przez cały dzień kilkukilogramowe worki, to znaczy, że ciężko fizycznie pracuje. Ale kobieta, która przez cały czas nosi w postaci brzucha kilka kilo plus i normalnie nie pracuje, to znaczy, że się obija? Przecież taka kobieta dokonuje rzeczy w normalnym świecie niepojętych. Równocześnie przenosi kilkukilogramowy "worek" i dba o siebie, sprząta, gotuje, chodzi na spacer, spotyka się z przyjaciółmi, robi zakupy, kocha się z mężem, a nawet skręcić lampę i wbić młotkiem gwoździe potrafi, co miało miejsce dzisiaj.
Poczułam już wiosnę. Więc wprowadzam ją do ciążowej garderoby. W tym sezonie odkryłam, że kolor może niesamowicie podkreślić jakiś wzór. Tak moim zdaniem działa zieleń na paski.
poniedziałek, 14 lutego 2011
wózek dla taty
Do wózka dla astronauty przymierzymy się na początku marca. Ale do tego czasu chcieliśmy zakończyć misję poszukiwania odpowiedniego sprzętu do przewożenia pojazdu malucha. Oczywiście to tylko wymówka. Bo tata przecież swój nowy wózek również musi mieć. Jest już z nami i pomału staje się członkiem naszej rodziny. Gdy mąż nim podjechał, oczywiście jak każda kochająca żona, zachwyciłam się kształtem, kolorem, usiadłam z przodu, wysiadłam, usiadłam z tyłu, wysiadłam, ze zrozumieniem kiwałam głową, gdy odbyła się prezentacja wyświetlacza. Gdy okazało się, że odpalić można go także będąc jeszcze w domu, również okazałam zrozumienie i zachwyt. Na pytanie teściowej "i jak nowy samochód?", odpowiedziałam w sobie właściwy sposób: "duży i czarny".
Rano postanowiłam wysłać mamie mms'a ze zdjęciem zdobyczy. Wyszłam na balkon, zlokalizowałam pojazd, zrobiłam zdjęcie i wysłałam. Wieczorem, gdy wróciłam z zakupami, mąż pyta:
Zauważyłaś, że nie ma samochodu?
Evelio w fazie ironicznego słowotoku: Oczywiście...przed chwilą weszłam do domu, w płaszczu, z zakupami, pierwsze co zrobiłam, to pobiegłam na balkon podziwiać Twój nowy wózek...
Kris: ale czy rano zauważyłaś, że nie ma samochodu? przed wyjściem do pracy wstawiłem go do garażu.
Evelio: ???
poniedziałek, 31 stycznia 2011
gdy statek tonie
Bo jak długo można być tak naprawdę na fali? Każda kobieta dobrze zna dni, gdy świat od chwili przebudzenia jest zły, patrzenie w lustro sprawia mało przyjemności, wszystko jest brzydkie, za grube i utulić też chwilowo nie ma kto. W życiu ciężarówki, z racji hormonów i małej ilość sposobów na zły nastrój, takie dni przytrafiają się częściej. Kupowanie nowych ubrań nie ma raczej sensu, bo to może tylko pogorszyć zastany rano stan, a czekolada w takiej chwili tylko pogrąża i wpędza w poczucie winy. Całe szczęście wybrnęłam z tej sytuacji w równie kobiecy sposób. Wybrałam się na spacer. Przypadkiem przechodziłam obok centrum handlowego, przypadkiem również weszłam do sklepu z butami. Były tam i była to miłość od pierwszego spojrzenia. Wygodne, wręcz idealne na ciążową zmęczoną stopę. Uwielbienie trwa. Gdy wychodzimy razem z domu, nie rozstajemy się nawet na krok. A zły nastrój? Jaki zły nastrój?
środa, 19 stycznia 2011
otwarta linia
Podobno kobiety w ciąży nie powinny się denerwować. Ostatnio coraz częściej powtarzam sobie tę maksymę, a już z dużą częstotliwością brzmi ona w mojej głowie, gdy muszę telefonicznie zapisać się na wizytę do ginekologa. Lekarza mam wspaniałego. Cierpliwy, odpowiada na wszystkie pytania, poświęca nam maksimum uwagi okazując przy tym minimum pośpiechu, podczas każdej wizyty robi usg i ze szczegółami wszystko objaśnia. Jestem do niego do tego stopnia przywiązana, że gdy w czasie Świąt groziła nam śnieżyca i istniała ewentualność, że nie wrócimy do domu, pierwsze moje na głos wypowiedziane pytanie brzmiało: ale co ja zrobię bez mojego lekarza?
Wszystko byłoby wręcz bajecznie nierzeczywiste, gdyby nie konieczność zapisywania się do lekarza telefonicznie i to w dokładnie wyznaczonych dwóch godzinach w ciągu dnia. Przynajmniej tak mi się do tej pory wydawało. Nie wiem dlaczego, ale zignorowałam drugi numer i popołudniowe godziny. Chyba sama sobie wmówiłam, że ta druga możliwość po prostu nie istnieje, nie działa, nie i nie. Tak więc z zacięciem dzwonię między godziną 11.00 a 13.00. "Przepraszamy numer zajęty, prosimy spróbować później". Wypracowałam różne sposoby: intensywne naciskanie w komórce zielonej słuchawki, czerwonej słuchawki, zielonej, czerwonej, zielonej..."Przepraszamy numer zajęty, prosimy spróbować później". Zaczynam pomału złościć się. Kolejny sposób to "na przeczekanie". Udaję, że wcale nie chcę się dodzwonić, coś zapisuję w notesie i nagle wykręcam numer. "Przepraszamy numer zajęty, prosimy spróbować później". Złoszczę się już na całe miasto. Bo dlaczego chcą dodzwonić się akurat teraz. Przecież dzwonię teraz ja! Trzeci sposób to "na niezręczną sytuację". Idę do łazienki i z premedytacją siadam na toalecie. "Przepraszamy numer zajęty, prosimy spróbować później". Teraz już złoszczę się na cały świat i dosłownie czuję frustrację uczestnika interaktywnej gry TV, który próbuje trafić na otwartą linię. Z niechęcią postanowiłam zapisać się po południu. W myślach miałam już plan, że gdy i tym razem nie uda mi się dodzwonić, to rozpuszczę plotkę o nieskuteczności w działaniu mojego lekarza, wtedy następnym razem na pewno zapiszę się bezstresowo. Wykręcam numer. Po pierwszym sygnale słyszę: "Dzień dobry, przychodnia Medison. W czym mogę pomóc?" I chyba to w tym wszystkim zdenerwowało mnie najbardziej!
poniedziałek, 10 stycznia 2011
punkty śmunkty
Zawsze byliśmy zwolennikami aktywnego, w miarę intelektualnego spędzania wolnego czasu. Stąd na naszych półkach liczne gry planszowe: Scrabble, Tabu, Carcassonne, detektywistyczne Cluedo i ulubiony, przerabiany na wiele sposobów Trivial Pursuit. Lecz od grudnia pudełka z planszami i pionkami zarastają kurzem, a w naszym domu rządzi gra na PS3...Buuuzzzz. Gra przypomina wiedzowy teleturniej telewizyjny. Każdy ma swojego odpowiadacza, a pytania są z dziedzin przeróżnych: od kultury i sztuki, poprzez sport, historię, do pytań z kategorii nonsens (Co to jest? Gdy stoi jest żółte, gdy się rusza pomarańczowe, a gdy skacze zielone? Prawidłowa odpowiedź: nie wiem, ale fajnie zmienia kolory!). Mimo ciąży idzie mi całkiem nieźle i nie straszne mi są komentarze prowadzącego, że "znowu przyszłam, aby penetrować dno". Lecz przy ostatnim rozdaniu naprawdę błysnęłam. Przy zdjęciu kobiety w ciąży na pytanie: "Kogo będzie potrzebowała kobieta ze zdjęcia?" z rozmachem odpowiedziałam: PODŁOŻNĄ!
Mój mąż zachował zimną krew odpowiadając: "Dobrze, że zapisałaś nas do tej szkoły rodzenia. Myślę, że powinniśmy zdecydować się na rozszerzoną opcję, z większą ilością godzin..."
zdjęcia: http://www.buzzthegame.com/
środa, 5 stycznia 2011
próba obciążenia 50 g glukozy
Podczas ostatniej wizyty kontrolnej lekarz zlecił mi test glukozowy. Przy czym poradził z uśmiechem, abym wykonała go dopiero po Świętach i Sylwestrze, gdyż mogłoby się okazać, że nie mogę jeść słodyczy, a po co psuć sobie humor jeszcze w starym roku. Natomiast gdybym wiedziała jak piękny jest świat po 50 g glukozy, to pobiegłabym na badanie zaraz po wizycie. Nie straszne mi ranne wstawanie, stanie w kolejce do badania z przyklejonym żołądkiem do kręgosłupa i oddech staruszek na plecach, nie straszne kłucie w palec, kłucie w rękę, słodki mdlący smak (dziękuję towarzyszce glukozowej niedoli za poratowanie wyciśniętą cytryną), najdłuższą godzinę tego roku, ponowne kłucie. Nic mi nie straszne...bo życie jest takie piękne. Szkoda, że nie zrozumiała mnie sprzedawczyni z piekarni, gdy z szaleńczym uśmiechem na twarzy życzyłam jej "miłego dnia". Chyba w myślach szukała telefonu na pogotowie psychiatryczne, gdyż...nie odpowiedziała.
poniedziałek, 3 stycznia 2011
nie pamiętam tytułu
Przed napisaniem tego tekstu miałam w głowie tytuł. Ale w między czasie walczyłam z brakiem dostępu do internetu, a pięć minut to wieczność dla moich ciążowych szarych komórek, tak więc jaki miał być tytuł zapomniałam. Coś na M. Nowy rok zaczęłam prawdziwą hormonalną jazdą bez trzymanki. Od rana zalewam się łzami i nie potrafię racjonalnie mężowi wytłumaczyć mojego stanu. Gdy wrócił z pracy byłam już w stanie jak mi się wydawało prawie stabilnym. Sądziłam, że skoro zrobiłam porządek w kuchennych szafkach robiąc miejsce na butelki, astronomiczne gadżety i stawiając pusty koszyk na lekarstwa dla malucha, gdyż jeżeli my mamy taki koszyk to on przecież też musi mieć, to już zaspokoiłam swój macierzyński niepokój. Nic bardziej mylnego. Przy ogórkowej z mężem łzy zaczęły lecieć ponownie. Na pytanie co się stało, stwierdziłam: "bo przecież my będziemy mieć dziecko!" i wybiegłam dramatycznie do łazienki. Dziecko będziemy mieć od sześciu miesięcy. Grunt to w porę sobie to uświadomić.
Przypomniałam sobie tytuł. Rozmemłanie. Na M.
poniedziałek, 27 grudnia 2010
Święta, Święta i leginsy
W ekspresowym tempie minęło mi tegoroczne świętowanie. Może dlatego, że w tym roku po raz pierwszy dzieliliśmy Święta między dwie rodziny i czas spędziłam głównie w samochodzie, leżakując jak kangur na reklamie wina, w wygodnych leginsach. Klimat też się gdzieś ulotnił. A może toczył się leniwie obok, przytłoczony tematem mojej ciąży. Brzuch przysłonił wszystko, nawet wielką choinkę u wigilijnych dziadków. Każdy chciał dotknąć, popatrzeć i stwierdzić, że taki twardy. Gdyby do mieszkania wparował nagi Święty Mikołaj z okrzykiem: "Hoł, hoł, hoł! Sprawiłem Wam Porsche" to i tak nikt by nie zareagował, bo ważniejsze jest: "czy kopie?". Na chwilę jedną astronauta miał konkurenta w postaci mojego dwunastoletniego kuzyna, który w pewnym momencie, między bigosem a pierożkami, spontanicznie spytał:
"Grzesiu, a co to jest erekcja?".
wtorek, 21 grudnia 2010
Sekret działa
Mamy z Aną takie swoje powiedzonka, które wiążą się z konkretnymi historiami. Od jakiegoś czasu, obok "dlaczego tutaj" oraz "jeszcze nigdy tak", pojawiło się wiele znaczące dla nas wyrażenie "Sekret działa". Należę do osób, które dość serio podchodzą do zjawiska samospełniającego się proroctwa i siły wizualizacji. Dokładnie rok temu, gdy ubierałam z moim jeszcze nieMężem drzewko świąteczne, w mojej głowie wyświetlił się ciekawy obraz: ja za rok ubieram choinkę i głaszczę się po już sporo zaokrąglonym brzuchu. Ten obraz podążał za mną przez pewien czas. Aż stał się rzeczywistością. Choinka ubrana, Mały Astronauta tańczy w brzuchu, Sekret działa.
piątek, 17 grudnia 2010
Ciążowe rozkojarzenie
Od czasu, gdy jestem w ciąży, zdążyłam się już przyzwyczaić do swoich drobnych rozkojarzeniowych wpadek. Normą stało się, że nie pamiętam imion oraz nazwisk i wtedy wychodzą z moich ust zdania typu: "no wiesz, to ta dziewczyna, która spotykała się z tym chłopakiem, którego siostra miała na imprezie maskę słonia". Nie dziwiło mnie również to, że zapominam o terminach lub o rzeczach, które miałam załatwić "przy okazji" innych spraw, o których również z trudem pamiętałam. Ostatnio, gdy szłam do pracy ze zwolnieniem, po które oczywiście musiałam wrócić się do domu, całą drogę powtarzałam jak mantrę: mleko, mleko, mleko, w przypadku gdybym dostała amnezji mijając sklep. Ale wczoraj przeszłam już samą siebie. Próbowałam wyturlać się z samochodu dobre pół minuty. W głowie kołatała mi się myśl, że skoro już teraz mam problemy i brzuch przeszkadza mi w tak prostej czynności, to co będzie się działo w późniejszych miesiącach. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy po wręcz heroicznej walce dostrzegłam, że...
nie wypięłam się z pasów!
poniedziałek, 29 listopada 2010
senny świat
Mała Amelia wierzyła, że jej sąsiadka zapadła w śpiączkę, ponieważ wyrabia swoją normę snu, aby później już wcale nie spać. Chciałabym czasami żyć w takim przekonaniu, że teraz po to zasypiam jak po dotknięciu palcem hipnotyzera, aby później zajmować się dzieckiem i snu nie potrzebować wcale. Niestety to nie tak nasze funkcjonowanie zostało pomyślane. Natomiast te kilkanaście ciążowych godzin, które w ciągu doby przesypiam, obfituje w niezwykłe sny. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale nigdy wcześniej w taki sposób nie śniłam. I tym sposobem w świecie po drugiej stronie lustra spotykam ludzi, którzy rodzą się z pąków kwiatów, walczę z kotem moich przyjaciół, stoję na mrozie z mydłem w ręku w kolejce pod prysznic lub przewijam mojego nowonarodzonego astronautę. Ale jednego snu, który potwierdza moją teorię o symbolice snów, nigdy nie zapomnę. Gdy leżałam w szpitalu przyśnił mi się mój syn. Miał już trzy lata i przyszedł do mnie, gdy kąpałam się w wannie. Zdjął ubranko i chciał żebym go umyła. Gdy pokazałam mu szampon z Kubusiem Puchatkiem, on ze łzami w oczach powiedział: widzisz mamusiu, pierwszy raz od trzech lat kupiłaś mi specjalny szampon dla dzieci...
Ten sen był przełomowy. Uświadomił mi, że już nie jestem sama i czas skończyć z myśleniem wyłącznie o sobie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



.jpg)






