Dosłownie ręce mi opadły. Przez moment stałam taka opadnięta z telefonem w ręku, z aparatu wydobywał się jeszcze dźwięk odłożonej po drugiej stronie słuchawki. Od miesiąca leczymy JJ na zapalenie układu moczowego. Poradnia nefrologii dziecięcej, pod opieką której był Kubuś, znajdowała się w miejskim szpitalu. To na cyklicznych spotkaniach z nefrologiem dowiadywaliśmy się o kolejnych krokach. Terapia musi być przeprowadzona fachowo i rozważnie. Najpierw silne leki, później dwa razy dziennie Furagin. Furagin raz dziennie, mocz na posiew i kolejna wizyta po skierowanie na wewnętrzne badania. Tylko, że gdy Kris zawiózł mocz Małego, okazało się, że od 1 stycznia poradnię w szpitalu zlikwidowano! Nie wiedzą gdzie jest jej nowa siedziba i czy w ogóle gdzieś jest. Zadzwoniłam do NFZ i otrzymałam najnowsze dane i numer telefonu. Dzwonię. I co? Owszem nefrolog przyjeżdża, ale z innego miasta RAZ w miesiącu. Na 10 lutego nie ma już miejsca. Najbliższy możliwy termin w marcu. W marcu??? Więc pytam co mam zrobić? Jak dalej leczyć Syna? Podawać leki czy nie podawać? A jeżeli infekcja wróci, to do kogo się udać? Pozostaje prywatna wizyta. Świetny paradoks. Po to opłacam składki, aby kolejnego lekarza opłacać prywatnie.
mroczny-humor.blogspot.com



