Pokazywanie postów oznaczonych etykietą macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 listopada 2013

marzenie

M: To teraz powiedz mi, o czym marzysz?

Uśmiechnęła się. Uwielbia takie pytania. O czym marzy? Marzy o domu w Portugalii. W sumie to bardziej o tym co czuje się, gdy rano wychodzi się z tego domu i jedzie na skuterze do pobliskiej wioski, aby kupić świeże pieczywo na śniadanie. Marzy o napisaniu książki. Wow. To jest myśl. Pisanie książki w takim domu w Portugalii. 

M: Ktoś oprócz Ciebie jest w tym domu?

Nie! Nie ma mowy. Od wielu miesięcy siedzi przecież w domu. Najpierw pierwsza ciąża, rok z Synkiem, zaraz później druga ciąża i już od prawie roku z dwójką. Wszystko w jej życiu, w planowaniu dnia jest podporządkowane dzieciom. Marzy o chwilach samotności. O tak! Taki samotny tydzień w domu w Portugalii na pisanie książki. To jest to!

M: Jak wyglądałby ten dom? Co by go otaczało?

Nie raz to sobie wyobrażała! Stałby na wzgórzu z widokiem na morze. Wokół naturalna roślinność, żadnych sąsiadów. W domu sterylna biel, wymarzony porządek. Białe meble i ona sama. Tak wymarzona sama. Tylko dlaczego taka niespokojna w tej samotności. Coś ścisnęło ją za gardło. 

M: Widzisz ten dom? Gdzie pisałabyś tę książkę?

Gdzie? Na tarasie. Odpowiedziała spontanicznie. I zaczęła zastanawiać się dlaczego akurat tam? Przecież ma swój upragniony pusty dom. Właśnie dlatego. Bo ten dom jest zbyt pusty. "Wiesz..." zaczęła nieśmiało..."ja jednak tylko na weekend przyjechałam sama pisać tę książkę". Ale to nie przyniosło ulgi. Nadal coś ściskało ją za gardło. Łzy napłynęły do oczu. Nie! Tak być nie może. Już ma rozwiązanie. To ona jednak pojedzie tam z mężem i dziećmi, ale wyśle ich na kilka godzin do miasta na wycieczkę i wtedy będzie pisała tę książkę. W domu będą ubrania chłopców, porozrzucane zabawki, kubeczki z niedopitym sokiem. Tak! W ten sposób to może książkę sama pisać w domu w Portugalii. 





niedziela, 27 października 2013

wyobraź sobie...

Usiądź wygodnie, wyobraź sobie i zastanów się, co dokładnie czujesz. 

Wyobraź sobie, że pewnego dnia Twój ukochany mąż, partner, przyjaciel przyprowadza do domu inną kobietę. Z uśmiechem na ustach oznajmia: "Kochanie od dzisiaj Ona zamieszka z nami. Jest taka fajna, kochana, wspaniała, bądź dla niej miła". Pewnego dnia odkrywasz, że Ona chodzi w Twoich ubraniach, nosi Twoją biżuterię, jeździ Twoim autem. "Przecież Tobie te wszystkie rzeczy nie są już potrzebne. Na Ciebie te ubrania nie pasują, biżuterią i autem musisz się z nią podzielić" słodko oznajmia miłość Twojego życia. Następnego dnia, gdy wracasz do domu z pracy, odkrywasz, że leżą razem w Waszej sypialni, przytulają się, a on mówi jej jaka jest wspaniała. Gdy spędzacie razem czas musisz uważać na to co robisz i mówisz, bo ona jest taka wrażliwa i przez Ciebie często płacze. I jak się czujesz? 


Teraz już wiesz, jak czuje się Dziecko, gdy w jego życiu pojawia się rodzeństwo!
 


środa, 16 października 2013

zazdrość

Obce jest mi uczucie zazdrości o materialny byt. Nie zazdroszczę samochodów, ubrań, mebli, mieszkań, lodówek, pralek, opiekaczy, obrazów, złotych klamek, komputerów, telefonów. Nie przywiązuję się do rzeczy. Są...cudownie. Nie ma? Będą lub nie. Oczywiście jeżeli stać mnie na coś wspaniałego i z wyższej półki to korzystam z tego, ale nic za wszelką cenę, bo nie to jest celem mojego szczęścia. Celem mojego obecnego szczęścia są dzieci. I tu w zazdrości ponoszę klęskę. Walczę, zmagam się sama ze sobą, myślom złym daję kopa, ale nim znikną potrafią ścisnąć za gardło. Moja logika uważa, że porównywanie nie jest dobre. Przynosi cierpienie, osłabia, niszczy samoocenę. Wystrzegam się jak ognia słów: "zobacz Kubusiu a inne dzieci to, a Ty to", bo dzieci moje to nie inne, lecz to ONE, wspaniałe w swej wyjątkowości, nieporadne w swojej nieporadności, zdolne w swych własnych zdolnościach, z wadami z własnych wad. I wszystko pięknie i mądrze. Do czasu. Po kilku już fizykoterapiach każdy ma nadzieję na cud. Ćwiczenia, Kamilek siedzi, ćwiczenia Kamilek raczkuje, ćwiczenia Kamilek chodzi, ćwiczenia Kamilek przynosi mamie śniadanie do łóżka. A tymczasem Kamilek jak w miejscu stał, tak stoi. I gdy przeglądam blogi i widzę Maluchy genialne w swej sprawności, to boli mnie i pytam kiedy. I przepraszam Was za tę zazdrość, przepraszam siebie, a przede wszystkim Kulczysława.


czwartek, 8 sierpnia 2013

siła na wieszaku

Raz na jakiś czas, przy odrobinie szczęścia udaje mi się przenieść Kamilka do pokoju chłopców, nie budząc przy tym Kubusia. Wtedy idę do pustej sypialni, kładę się na naszym łóżku, wyciągam się w każdym możliwym kierunku i zachłannie czerpię z tej chwili samotności. To najczęściej wtedy odwieszam siłę i wytrwałość na wieszak i tęsknie. Tęsknię za możliwością wieczornego poczytania w łóżku, za randką z mężem, gdyż od prawie ośmiu miesięcy, pomijając jedno nadmorskie wyjście, nigdzie sami nie byliśmy, za wakacyjnym grillem, podczas którego możemy spokojnie posiedzieć, a nie łapczywie, w pośpiechu jeść, bo za Kubusiem trzeba biegać lub lulać i karmić Kamilka, tęsknię za chociaż jednym dniem bez porannego wstawania, za wyjściem do klubu lub chociaż do znajomych, ale bez stresu, że trzeba wracać, bo zostały mi tylko trzy godziny snu, tęsknię za robieniem tego, na co ja mam w danej chwili ochotę, a nie tego co akurat uda mi się w pośpiechu zrobić przy dzieciach. Jak już się w tej tęsknocie rozkręcę, najczęściej słyszę Kubusiowe: "Mamusiu! Mamusiu!" i zrywam się, biegnę, senne ciałko przenoszę do naszej sypialni, przytulam i już nie tęsknię.





czwartek, 1 sierpnia 2013

moje czułości moje

JJ od zawsze cenił sobie niezależność. Oczywiście tyle jej otrzymywał, na ile można pozwolić niemowlakowi na wolność i swobodę. Bardziej, niż rodzice, ograniczały go jego możliwości ruchowe i werbalne. Teraz, gdy coraz sprawniej wszystko mu wychodzi i coraz więcej mówi, testuje świat w najlepsze. Idzie przed siebie, za rodzicami nawet się nie obejrzy, do auta koleżanki żobkowej wsiądzie, tylne siedzenie, przednie siedzenie i już za kierownicą siedzi i krzyczy "jedziemy", wszystkich na ulicy zaczepia, macha i woła: "cześć ciocia", "cześć jujek", do młodych mężczyzn "cześć dziadzia", do nastolatek "cześć dzidzia" (chyba musimy jeszcze nad sposobem podrywania popracować), w kościele na ołtarz pierwszy się pcha i "muzyczka gra?". Przed pierwszą ciążą powtarzałam, że pozwolę dzieciom na wolność i postaram się szanować ich granice i słowo NIE. Nie wypomnę w przyszłości: "nie chcesz? A ja tyle dla Ciebie zrobiłam i poświęciłam!". Kubuś ma dopiero dwa lata, a już przyszło mi się szarpać z uczuciami. Bo głaskać bym chciała go bardzo, tulić, całować, chrupać. A on odgania się, "ej!" ręką macha, fucha i stanowczo woła: moja stopa, moja noga, nie, nie, moja ręka, NIE! Patrzę w to jego pełne nie spojrzenie i myślę sobie: "nie chcesz? A ja dla Ciebie tyle zrobiłam i poświęciłam!"...



sobota, 13 lipca 2013

nie chwal dnia przed zachodem słońca

Wieczorem wróciłam do domu i od progu oznajmiłam Krisowi: "jestem niezrównoważona emocjonalnie!". Spędziłam trzy minuty w garażu, w samochodzie, słuchając piosenki i ocierając łzy z policzków. Te łzy wywołała myśl, że świetny to kawałek dla chłopców, na pewno im się spodoba. Trzy dni wcześniej do głowy nie przyszłoby mi ronić łez, gdyż szczęśliwa byłam, że wytrzymałam dwa tygodnie wakacji żłobkowych. Wszystko zeszło na dalszy plan, liczyły się tylko dzieci, ich potrzeby, wspólne drzemki, wypady nad jezioro, przełamanie piaskowej fobii, kąpiele w fontannie, śpiewanie "nosa, nosa, mata, aj aj", gotowanie dla Kubusia, kotleciki, placuszki, tarta z truskawkami, pierwsze smaki dla Kamilka i duma, że nawet kalafiorka i brokuły ze smakiem zaakceptował, polegiwanie do dziesiątej i pidżamowanie do obiadu. I gdy tylko pomyślałam, że super ten czas nam mija, otworzyłam drzwi nowego dnia z gorączką w dwupaku, ciągłym marudzeniem Kulki i wieczną, niczym niekończąca się opowieść, sraczką Kuby. Do tego okazało się, że jeszcze wiele muszę się nauczyć, bo dziecku na problemy żołądkowe rosół podałam. I gdy do domu wracałam z antybiotykami, kisielkiem, biszkoptami, ziemniakami i marchewką do ugotowania, a w myślach zastanawiałam się jak pogodzić rozwolnienie JJ'a z wietrzeniem jego pupy, bo od setnego przewijania dostał odparzeń usłyszałam: "a-wimoweh, a-wimoweh a-wimoweh, a-wimoweh, a wimoweh, a-wimoweh a-wimoweh, a-wimoweh, in the jungle the mighty jungle the lion sleeps tonight, in the jungle the quiet jungle the lion sleeps tonight..." i to było dla mnie zbyt wiele. 







sobota, 29 czerwca 2013

łomot serca

Sobotnie popołudnie. Deserowe spotkanie ze znajomymi. Nad rzeką bulwar a na nim dni województwa. Ludzie, gwar, głośna muzyka, namioty, koncerty, gry i zabawy. Kubuś wyrywa się Krisowi, biegnie, "jeszcze tylko aparat wezmę", idę i NIE WIDZĘ GO! Biegam, szukam, serce wali jak oszalałe, "czy widziała Pani małego chłopca w szarej czapce?", w ciągu sekundy milion obrazów: ktoś go zabiera, zgubił się i nie znajdę go już nigdy, na pewno się boi, biedny, BOŻE rzeka!, a co jeżeli nie zdążę i wpadnie? Z rozpaczą wołam Krisa. Szybko musiałam podzielić się z nim tym niewyobrażalnie wielkim lękiem, bo sama nie byłam w stanie go udźwignąć. JEST! Z jaką ulgą go ujrzałam. W namiocie Woodstock podrygiwał szczęśliwy przed nagraniem koncertu. Wszystko to trwało może dwie minuty, a ja czułam powolny strach wieczności. Tak bardzo nie bałam się jeszcze nigdy.




środa, 26 czerwca 2013

perfekcyjna w niedoskonałościach

Z każdej strony atakuje nas perfekcyjna nagonka na perfekcjonizm. Perfekcyjna Pani Domu białą rękawiczką wyciera kurz z zakamarków naszego życia, grożąc palcem "no no no", perfekcyjnie zadbane perfekcyjne mamy, z perfekcyjnie wychowanymi i perfekcyjnie ubranymi dziećmi, od śniadania perfekcyjną mądrością mącą nam spokój, perfekcyjni pracownicy perfekcyjnie spełnieni perfekcyjnie podnoszą nam perfekcyjną poprzeczkę. I tak nakręca się ten perfekcyjny świat, wzbudzając w tym rzeczywistym świecie niepotrzebne poczucie winy, ciągłą frustrację i niezadowolenie. A przecież nie o to w życiu chodzi. Chodzi o to, aby być sobą i z sobą być szczęśliwym. Bo IDEAŁ nie istnieje. Jest jak bańska mydlana stworzona przez czyjeś wyobrażenia, pęka przy spotkaniu z innymi wyobrażeniami. Nie jestem mamą idealną. Nawet nie jestem mamą idealną dla własnych Synków, bo dobrze wiem, że mogłoby być w pewnych kwestiach lepiej. Kładę dzieci spać o godzinie 19.00, bo lubię spokojne, samotne lub tylko z mężem wieczory, czasami jestem tak zmęczona, że z niecierpliwością odliczam czas, kiedy w końcu pójdą spać, na skrzydłach radości wyfruwam z domu do sklepu, na bezalkoholowe z przyjaciółką lub fitness, Kamilek noc przesypia w swoim łóżeczku, w swoim pokoiku, Kubusia w środku nocy zabieram do naszej sypialni, rano dzieci obudzone zajmują się same sobą (JJ rozrabia w sypialni, Kulka bawi się w foteliku), abym mogła pospać trochę dłużej, czasami Kubuś po komunikacie "kupa" (w pieluszce) słyszy "daj mi Synku jeszcze dziesięć minut", niecodziennie myję Kubie zęby, z radością wielką przyjęłam fakt, że Starszak polubił żłobek, bo w czasie, gdy jest tam świetnie karmiony, rozbawiony i edukowany, ja mam kwestie dla niego obiadu, rozwijających gier i zabaw z głowy, łapię oddech i poświęcam czas Kulce i sobie, z lubością wykorzystuję fakt, że Kamilek lubi leżaczek z zabawkami, dzięki temu jestem najedzona, wykąpana i ubrana, czasami gdy jest przemęczony i kładę go na drzemkę popłakuje, ale nie lulam go, bo wiem, że jest to kwestia pięciu minut, Kamilka przez sześć miesięcy karmiłam tylko piersią, dopiero teraz wprowadzam pierwsze nowości prosto ze słoiczków, jestem oziębła kulinarnie, gotuję, gdyż muszę, przez to mam pole do popisu w żywieniowych wykroczeniach przy karmieniu Kubusia, nie unikamy czekolady i lizaków, dostał też mielonego z "pomysłu na" i nie raz pizzę, makaron w restauracji, przy dzieciach zdarzało nam się kłócić, przekląć też nie raz, nie stosuję kar, bo nie widzę podstaw, JJ'owi pozwalam na wiele (w granicach rozsądku), książeczki mamy pogryzione, niektóre w częściach, szafka pod telewizorem została ozdobiona "peppą" kredkami bambino (Picasso by się nie powstydził), są dni, gdy nie mam ochoty na nic, jestem małomówna, na zabawę i radosne pląsy tym bardziej nie mam ochoty, denerwuję się, krzyczę, są dni, gdy nawet czytana do snu bajka mnie irytuje, więc daję buziaka, mówię dobranoc i wychodzę. Jestem mamą niedoskonałą. Po prostu JESTEM.


czwartek, 25 kwietnia 2013

dumy fenomen

Jeżeli ktokolwiek, kiedykolwiek zadawał sobie pytanie, czy jednocześnie można być dumnym z dwóch skrajnie odmiennych zjawisk, to bez zastanowienia od czterech miesięcy odpowiadam: można! I nadziwić się nie mogę i z niedowierzaniem przyglądam się temu dumy fenomenowi. Obecnie w domu mam Ogień i Wodę. Już teraz mogę stwierdzić, że osobowościowo chłopcy różnią się bardzo. Kubuś bardzo swoimi emocjonalnymi reakcjami przypomina mnie, Kulka mam wrażenie, będzie podobny do opanowanego Krisa. Obu akceptuję i kocham ponad życie bezwarunkowo. Z odmiany charakterów nie trudno być dumnym, w końcu przyzwyczajeni jesteśmy do ludzkich w zachowaniu różnic. Chłopcy różnią się również pod względem wizerunkowym. Przez dwa Kubusiowe lata dumna byłam i nadal jestem, ponieważ szczuplutki jest bardzo i z nadwagą raczej nigdy problemów mieć nie będzie. Ma dwa lata, waży 10 kg. Kulka przybiera w szybkim tempie. Ma cztery miesiące, waży  ponad 6 kg. Udka słodkie kuszą, pyza rozczula. I gdy o tym piszę, również dumna z tego faktu jestem. Wniosek: nie ważne czy Dzieci Moje jednocześnie szczupłe są, grubiutkie, niskie, wysokie, spokojne, żywiołowe, poważne, wesołe, gadatliwe, małomówne. Najważniejsze, że z nami są i z tego dumna jestem najbardziej!





 

sobota, 9 lutego 2013

w pułapce wiedzy

Zaczęło się niewinnie. Koleżanka pożyczyłam mi "Drugi i trzeci rok życia dziecka". Aby sprawiedliwie między braćmi działo się, zamówiłam "Pierwszy rok życia dziecka". Przy JJ nie czytałam zbyt wiele i chyba podświadomie postanowiłam nadrobić zaległości. Nie wiem co chciałam przez to osiągnąć. Poczucie spełnienia macierzyńskiego? Zdobyć nieosiągalne poczucie, że wiem wszystko? Uniknąć niewiedzy? Tym sposobem przy moim łóżku w ciągu tygodnia urosła góra książek: "Twoje kompetentne dziecko", "I Ty możesz mieć super dziecko", "Najszczęśliwsze niemowlę w okolicy". W skrzynce zapewne czeka już "Język dwulatka". Im wyższa górka, tym większa stawała się moja frustracja. Bo czasu zbyt mało, aby wszystko szybko przeczytać. Bo jak pogodzić te wszystkie teorie z życiem. Jak tulić, głaskać, lulać, rozumieć, cierpliwie przemawiać, akceptować, do płaczu nie doprowadzać dwójki dzieci. Najlepiej jednocześnie, aby żaden nie czuł się odrzucony i gorszy. Jak rozbawiać, rozwijać, książeczki czytać, karmić, pielęgnować przy tym wszystkim. Wieczorem, gdy cudem udawało nam się uśpić JJ i Kulkę, zamiast usiąść, łyk czerwonego wina sobie zafundować i coś babskiego poczytać, oczywiście wybierałam, jakby tematu w ciągu dnia było mi mało, pozycje dziecięce. Z każdą przeczytaną kartką czułam sprzeciw, depresyjny smutek, frustrującą niemoc. W końcu powiedziałam dość. Sama sobie zaczęłam odbierać radość z posiadania dwóch wspaniałych Synków. Zdecydowanie bardziej wolę nie-wiedzieć, spontanicznie i intuicyjnie wychowywać, ale przynajmniej szczęśliwie z dala od tematycznego obłędu.



poniedziałek, 28 stycznia 2013

NIE to NIE. TAK to NIE.

Gdy jeszcze nie dane było mi doświadczać uroków macierzyństwa, na widok sceny złośnika w supermarkecie myśli aroganckie miałam w głowie: "o nie! mi to się nigdy nie przytrafi! Moje dziecko będzie grzeczne i spokojne, nie poddam się awanturniczej manipulacji!". I jak naiwne były moje przemyślenia, wiem to dopiero dzisiaj. W moim domu zamieszkał Mały Zagryziak. Bez uprzedzenia z walizami wdarł się na pokoje, rozpakował i bez informacji na jak długo zostaje, rządzi się każdego dnia swoimi prawami. JJ bezsilny jest wobec gościa i jego poczynań, gdyż emocjonalnie niedojrzały jest jeszcze i obronić się nie może. Tym sposobem Kubuś codziennie bez powodu płacze, szamocze się, klockami rzuca, co powoduje, że czuję się jak na froncie i nigdy nie wiem, kiedy trafi we mnie zabawkowy pocisk, wije się i teatralnie głową w ziemię uderza. I jedyne co pozostaje mi zrobić, to wspierać go cierpliwością, przytulać, zapewniać, że kocham go ponad wszystko lub po prostu ignorować przedstawienie. Najlepsze są jednak nasze dialogi. Zagryziak w swoim słowniku słowa Tak nie posiada. Nawet jeżeli myśli TAK, mówi NIE. Ostatnio na stole leżało pięć przedmiotów. Kubuś woła: Mamiś TO!!! Pytam więc: książeczkę? NIE nakrętki? NIE układanki? NIE? kluczyki? NIE. śliniak? NIE. I bądź tu mamo mądra. Chyba dowody na przyszłość zacznę nagrywać: czy rodzice mają Cię po osiemnastce utrzymywać? NIE! może w przyszłości samochód kupić? NIE! będziesz na imprezy chodził i nad ranem wracał? NIE!



niedziela, 13 stycznia 2013

wyrwane z kalendarza

2:40 Zaczynam nowy dzień. O ile uznać można, że karmienie po 23:00 i ułożenie na poduszce głowy do snu przed 24:00 było zakończeniem dnia poprzedniego. Dzień zaczynam od niemowlęcego nawoływania, bo przecież czas na pierwsze śniadanie. Kubuś niewzruszony narzekaniem brata na opóźnienia w dostawie cateringu śpi smacznie. To wielki plus na rzecz tego nowego dnia.

4:00 "O la la!" "Mama! Tata! Mama! Tata!" "O la la!" Na kogo wypadnie na tego bęc. W zależności od przytomności umysłu jedno z nas idzie po Kubusia. Młody skacze w łóżeczku i szykuje się do drogi. Już w naszym łóżku siada wygodnie na poduszce i nie w głowie mu sny. Stęka, pokrzykuje, więc cytuję: "co jest? butla butla! śmiało, daj!". Gdy JJ czeka na mleko, nudzić się nie lubi, więc bez skrupułów obdzwania kontakty w telefonie Krisa. Wszystkich pokrzywdzonych bardzo przepraszamy. Daję butlę śmiało, przewijam i pacyfikuję nocnego marka. Kładę się, aby...wstać.

4.40 "Łeeeeeeeeee!" Wstaję, karmię i liczę na cud bez kupy, bo to da mi szansę na odłożenie Kamilka bez przewijania i dodatkowe cudowne minuty snu. Sruuuu. Nie udało się. Przewijam. Sruuu. Nie zdążyłam. Przebieram i przewijam. W czystą pieluchę sruuuuuuu. Przewijam. W naleśnik zawijam. Odkładam. Walka o kołdrę, bo trudno śpi się w przeplatańcu ( Kris pod kołdrą, Kuba między nami na kołdrze, bo przykryć się to obciach, ja chciałabym pod kołdrą).

7.00 "Łeeeeeeeee!" Karmię, przewijam, czasami przebieram, odkładam. Gdy wychodziłam z naszej sypialni Kubuś smacznie spał. Gdy wróciłam do niej po 30 minutach, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jednak coś jest nie tak. Suszarka z ubraniami na środku pokoju, ubrania porozrzucane, książki pootwierane, mleko dopite, klocki i kolorowe kółka w łóżku, z szafy pudełka z butami powyrzucane, światło zapalone, Kris głośno chrapie a Kubuś? Kubuś siedzi w szufladzie szafy, szarpie za przednią ściankę, pokrzykuje "wrrr. wrrrr" i wygląda tak, jakby szykował się do odlotu. Zostawiam go, aby się wykąpać. Kąpiel to: całe wiaderko pieluch dorzucone do worka z wystawką na balkon, posprzątanie w kuwecie Carlosa, posprzątanie po raz drugi, gdyż kot nasz tak już ma, że jak świeżo i czysto, to znaczy, że można brudzić, kawa zbożowa, pozbieranie ubrań do kosza na brudną bieliznę, względne ogarnięcie, wszystkiego co ogarnąć trzeba, szybki prysznic, Q10 na pupę, brzuch i pośladki.

9.00 "Łeeeeeeeee!" Jesteśmy z Kubusiem w trakcie śniadania, więc Kamilek musi poczekać. Normalnie o tej porze Kubuś jest już w żłobku, ale "normalnie" w ostatnim miesiącu miało miejsce całe trzy razy. Tak więc, Kulka czeka na swoją kolej, Kubuś wciąga kaszkę, ja przegryzam na szybko kanapki i popijam herbatką na laktację. Po 15 minutach Kamilkowa Frida, zaropiałe oczka przemywam wodą fizjologiczną, karmię, w tym czasie Kubuś znosi Kłamczuchę i Muminki i próbuje odebrać mi Kamilka, lecz bez szans na powodzenie w edukacji brata, zajmuje się wywalaniem wszystkich posiadanych przez siebie klocków. Przewijam, Kubuś wali głośno w ściankę przewijaka, nagradza się przy tym brawami i woła "dupa, dupa, dupa" co znaczyć ma zapewne kupa, kupa, kupa, bo kupa solidarnie i u JJ się pojawiła. Zawijam Kamilka w naleśnik, odkładam, przewijam  i ubieram JJ, gonię go z grzebieniem, aby rozczesać jego ptasie gniazdo, pranie wstawiam, ogarniam po huraganowych przejściach sypialnię i o 11.00 układamy się z Młodym na drzemkę. Zasypiam w sekundę przed Kubusiem...

11.15 "Łeeeeeeeee!" Karmię, przewijam, pokazuję świat Kamilkowi, ziewanie dostrzegam, zawijam w naleśnik, odkładam lub ubranego w kombinezon układam przy otwartym oknie na wietrzenie, gdy Kris jest w pracy, obiad gotuję, jem i z nadzieją na chwilę dla siebie odpalam komputer, aby za chwilę go wyłączyć, gdyż Kubuś budzi się z drzemki z "niepopołudniem", podgrzewam mu obiad, nie nie nie, podaję obiad, nie nie nie, picie, nie nie nie, awantura przy zmywarce, bo o ile podoba mi się, że JJ podaje mi sztućce, aby umieścić je w szufladzie, o tyle oblizywanie każdej sztuki z osobna już mniej. 

14.00 "Łeeeeeeeee!" Szybkie w kuchni porządki, bo jak się okazało w 5 minut można: wywalić patelnie, garnek i wszystkie pokrywki, pojemnik z jedzeniem dla Carlosa, słoiczki z owocami wynieść do dużego pokoju, z dużego pokoju przytargać piloty i płyty CD, po podłodze rozłożyć papierowe foremki do muffinek i rozrzucić worki na śmieci i plastikowe nakrętki. Karmię, w tym czasie JJ dobiera się do moich spodni i krzyczy "sisi, sisi", gdyż ostatnio uważa, że jest odpowiedzialny za nadzorowanie moich potrzeb fizjologicznych (w ramach rozrywki każe mi siadać na sedesie, podaje mi papier i spuszcza wodę), przewijam, w naleśnik zawijam, odkładam i maksimum uwagi poświęcam Kubusiowi. Biegamy, tulimy się, czytamy, tańczymy, puzzle układamy. 

16.30 "Łeeeeeeeeee!" Karmię, Kubuś woła głośno "nie chcę, nie chcę!", przewijam, ale tym razem Kulka postanawia obsikać mnie od góry do dołu, zawijam w naleśnik, odkładam, ale "niepopołudnie" dopada również Kamilka. Kris wraca i przejmuje "niedzieci". Dla zdrowia własnego i bezpieczeństwa rodziny wychodzę do sklepu. Wychodzę płaczą, wracam płaczą, Kris...uff nie płacze.

18.00 "Łeeeeeeeee!" Kamilek musi cierpliwie poczekać, gdyż jest to czas Kubusia. Kolacja i "niedialogi", kąpiel z tatą, awantura o pianę, pidżamka, uchroniony przed zjedzeniem pępek Kamilka, na siłę wciskana pielucha niemowlaka na pupę dwulatka, przy większej cierpliwości młodszego brata przeczytana "lokomotywa", przy mniejszej buziaczek i Kubuś sam zasypia w łóżeczku, w tym czasie kąpiel Kulki, karmienie i usypianie w naszej sypialni.

20.00 Małżeński błogostan...obaj śpią. Kolacja, film, internet.

22.30 "Łeeeeeeee!"...

Dzień za dniem sami z Krisem stawiamy czoło nowemu wyzwaniu. Myślę o słowach Kajko: "rok trzeba przetrwać, później będzie już z górki". Kamilek skończył miesiąc. Jeszcze 11 miesięcy.





środa, 2 stycznia 2013

bez lęku

Emocjonalnie zasadniczo różni się czas przy pierwszym Maluchu w porównaniu z tym, co funduje nam serce przy drugim. Nigdy nie zapomnę trudnych początków z JJ. Galopady uczuć niepokoju, które towarzyszyły mi od pierwszych chwil szpitalnych. Bo za głośno, bo ktoś coś mówi, bo nie można przystawić dziecka do piersi, bo zaburzają z trudem ustalany harmonogram dnia, bo popłakuje, bo się obudził, bo zjeść nie można, bo to co było już nie wróci, bo nie jest tak jak w książkach, a najlepiej, gdyby dostarczano od początku trzymiesięczne dzieci, bo kto w ogóle wymyśli takie początki. Trochę czasu zajęło nam pogodzenie się ze sobą, nauczenie się siebie, co wprowadziło nareszcie spokój do zaistniałego chaosu. Przy drugim dziecku świat już tak burzliwie nie wiruje. Nie ma lęku, niezrozumiałych emocji. Jest Maleństwo, które każdego dnia uczy się wszystkiego od początku, a moim zadaniem jest wspieranie go, intuicyjne i czułe czytanie z jego gestów. Nie ma lęku, gdyż jest wiedza, że wszystko się kończy. Te pierwsze miesiące szybko się skończą, każdy płacz się kiedyś skończy, każda noc ze wstawaniem co dwie, trzy godziny, każda kolka, każdy gil z małego noska, nieporadny czas, też się szybko skończy. Więc nie ma miejsca na lęk. Jest tylko miejsce na czerpanie, z pełną świadomością przemijania, z tego co dał nam los. 





poniedziałek, 24 grudnia 2012

w męskim gronie

Inne te Święta w tym roku w naszym domu. Męskie. Ja oraz pięciu mężczyzn, wliczając w to grono kota Carlosa. Chyba muszę postarać się jeszcze o dwóch Synów ekstra, lub wypożyczyć dodatkowy testosteron na specjalne okazje, aby niczym Królewna i Siedmiu Krasnoludków cieszyć się urokami życia. I okazuje się, że jednak można. Można prawie dwa tygodnie po porodzie, ze Starszakiem i Niemowlakiem w domu, ubrać choinkę, puścić Kolendę, zapalić świece, namoczyć grzyby, przygotować pierwszą w życiu kapustę Wigilijną, wyjąć cycka, podać kaszkę, przebrać, przewinąć, po raz setny nazwać krokodyla, zrobić małpkę, wyczyścić zakatarzony nos, umyć włosy, zjeść, męża po policzku pogładzić, nie tracąc przy tym wszystkim zmysłów i dobrego nastroju...

...spokoju w sercu, miłości i głośnych podszeptów intuicji życzę Wam Wszystkim Świątecznie!










poniedziałek, 17 grudnia 2012

ponownie po drugiej stronie lustra

12.12.2012 do naszej rodzinki dołączył Kamil Jakub. 51 cm i 3420 g.

Cwaniak mały z tej naszej Kulki. Sms pisany do Krisa ze szpitala:

"Nasz młodszy Syn to się dopiero potrafi ustawić. Właśnie się nabombał w bufecie all in a teraz pojechał do SPA na nagrzewanie..."





czwartek, 2 sierpnia 2012

nocna imprezka

O godzinie 18.00 szanowny JJ dostaje kolację, najczęściej gęstą kaszę na noc, gdyż kaszkowy jest bardzo i tylko kakaową gardzi. O godzinie 18.30 kąpiel z wanną pełną gumowych ryb, krabów, żółwi, książeczek, w których wszystko to piesek i długich monologów, które milkną w momencie próby nagrania. 19.00 Młody śpi, rodzice mają czas dla siebie i tak do godz. 5.00, kiedy napełnić trzeba brzuchol butlą ciepłego mleka. Później w łóżku rodziców przytulanki, zaczepki, muzyczka, mama wstaje do pracy, ewentualna drzemka z tatą i w końcu przyjście niani. I wszystko byłoby pięknie, gdyby taki scenariusz zdarzał się częściej. Ostatnie noce przypominają sceny z nocnej balangi, nagrywane amatorską kamerą. Szamotanina, krzyki, awantury, śmiechy, rozrywka, ktoś biegnie i widać tylko drogę i stopy, nagle obraz z kamery gaśnie. Tak mniej więcej kojarzę ten czas, bo Syna ogarnąć chciałabym bardzo, ale na sen w tym samym czasie również liczę. Tak imprezowaliśmy ostatnio. O 23.00 radosne podskakiwanki i uśmiechy rozbudzonego chłopca. W takich przypadkach biorę go od razu do sypialni, bo tam przecież do mamy można się przytulić i zasnąć od razu. Od razu nastąpiło o godzinie 1.00. O 2.00 mąż budzi mnie, gdyż podobno chrapię. Nie jestem przekonana do tej wersji. To nie mnie ostatnio JJ nagrał telefonem i dowodów brak. O 3.30 histeria, rzucanie smokiem, butelką z wodą, misiaczkiem przytulaczkiem. Chwila zastanowienia, przygarnął wszystko, aby za chwilę rzucać wszystkim od nowa. Proponuję nową olimpijską konkurencję, może wtedy byłaby szansa na medal. Pomysłów mamy wiele: coś przeciwbólowego, gdyż zęby, może lampkę włączyć trzeba, gdyż zbyt ciemno, może do łóżeczka przenieść imprezowicza, gdyż u siebie będzie swojsko, może...O 4.30 butla w desperacji podana. Zasnął. W tym czasie mąż mój zdążył zdradzić mnie z Moniką Richardson, przy czym nie wyglądał wcale jak Zbigniew Zamachowski. Gdy wstawałam nieprzytomna do pracy, Kubuś spał z głową w naszych nogach. Wyczuł przez sen zwolnienie miejscówki i ochoczo przeniósł się na moją poduszkę. W tle chrapanie Krisa. "Szczęściarze" pomyślałam zamykając drzwi sypialni.




fot. babcia Małgosia

wtorek, 10 lipca 2012

warunki zewnętrzne

Mifku gdy w brzuchu jeszcze pływał, warunki zewnętrzne miał iście sielankowe. Mama "architekt" na zwolnieniu lekarskim w domu leniem leżała, czytała, oglądała, muzyką ucho poiła. Czasami spacer się zdarzył lub wizyta późnych gości. W etapie najbardziej aktywnym wyprawkowałam Młodego i realizowałam wenę gastronomiczną. Podsumowując: luz, jazz i stosunek obojętny. Obecnie sytuacja wygląda nieco odmiennie. Staram się być osobą zdystansowaną i generalnie zadowoloną, więc psychicznie Kulki nie dręczę problemami własnymi. Ale gdy podsumowałam ostatnie tygodnie, doszłam do wniosku, że do warunków sielanki to nam daleko. Dzieje się wiele. Pływa sobie taki Maluch, pływa, a może nawet śpi, a tu nagle bach, i bach i znowu bach i śmiechu przy tym wiele. Jeszcze nie wie, że to Brat w stanie poranno euforycznym, przez cztery godziny śmiga w tą i z powrotem po rodzicach, na mamę rzuca się radośnie i w brzuch głowę chowa. Wypluwając przy tym w tempie ekspresowych słowo: tiko, tiko, tiko. Ważne to słowo, cokolwiek oznacza. Tygodnie pracowite są bardzo. Dużo słów dociera do wnętrza, rozważań, analiz i kreacji. Weekendy na pozór spokojniejsze, od środka mogą wydawać się światem niespokojnym. Jakieś bujanki, objadanki, chlupot basenowej wody i gonitwa za psem, który aktualnie pożera skarpety Brata, który to z kolei w rozpacz wpadł, gdyż Członek Rodziny postanowił umieścić go w statku misce nie przewidując przy tym sił przeciążenia. W tym właśnie momencie stwierdziłam: komedia i cyrk na kółkach prawdziwy! Ale wesoły to cyrk i mam nadzieję, że szczęśliwe będzie Ich życie.


Fot. Evelio

sobota, 17 marca 2012

mama wie wszystko najlepiej

Czy jestem zazdrosna o czas, który z JJ spędza Niania? Chwilowo nie, gdyż jestem cały czas w domu i nie czuję, że coś mi umyka. A może momenty rozkosznej pomocy tak mącą mi w głowie, że nie patrzę chwilowo na sprawę jasno i w zgodzie z logiczną rzeczywistością. Po jedenastu miesiącach, w czasie których liczyłam tylko na siebie i Krisa, nagle los podarował mi wspaniałe wakacje. Dostałam prezent w postaci na luzie ugotowanego obiadu czy przeczytanej gazety podczas śniadania. Lecz to, na czym czasem się łapię, wewnętrznie mnie śmieszy. Zawsze uważałam, że MAMA wie wszystko najlepiej. Ale nie przypuszczałam, że MAMA najlepiej wie nawet: jak trzymać łyżeczkę, jak przebrać, jak przewinąć, jak wytrzeć tackę po kaszce, jak wytrzeć marchewkowy nos, jak założyć kombinezon, jak włożyć do wózka, jak prowadzić wózek, jak rozchichrać do łez, jak zaczesać irokeza, jak posmarować pupę. Dobrze, że za dwa tygodnie swoje naj przekonanie spakuję do torebki razem z drugim śniadaniem i wyniosę do pracy, aby miejsce na naj zrobić Niani.





piątek, 9 marca 2012

powiedziane wprost

Tak już bywa, że gdy człowiek zbyt wiele wrzuci do jednego garnka, to zamiast pysznej zupy jarzynowej, wyjdzie mu z dnia papka nie do strawienia. Z kiepskim skutkiem dla mojej psychiki dzień pierwszy Niani połączyłam niefortunnie z pierwszym dniem ćwiczeń Kubusia. Moje wyobrażenie o uśmiechniętym, rumianym niemowlaku, radośnie fikającym po macie z przemiłą Panią Rehabilitantką, niewiele miało wspólnego z rzeczywistością. Pani Ania na wstępie oznajmiła, że wszystkie Kubusie ją uwielbiają. No cóż. Chyba obniżyliśmy jej statystyki. JJ odmówił współpracy. Przecież on najlepiej wie co robić, kiedy i nikt mu raczkować kazał nie będzie. Do tego wszystkiego początki z Nianią, które mimo, że okazały się fantastyczne, na pewno w matczynej psychice odcisnęły swoje piętno nowości i niewiadomej. Po południu, gdy Kris wrócił już do domu, chodziłam mocno podminowana. "O co się przyczepić?" - myślałam. "Jestem zła, więc na pewno trzeba się przyczepić! Zbyt późno wrócił, więc zbyt mało czasu spędził z Kubusiem. Nie. Nie będę zołzą. Przecież zarabia na chleb i stara się bardzo. Kwiatów nie przyniósł! Dzień kobiet! Nie. To przecież 7 marca. Sprawdzę w kalendarzu dla pewności. Jestem zła, jestem zła, jestem zła. Cholera! Nie ma o co się pokłócić. Więc powiem prawdę...". Usiadłam na fotelu. Zakryłam twarz. Rozpłakałam się i powiedziałam wprost: "Patrzę na Kubusia, a on jest taaaaki BIEDNY!!!". "Dlaczego????? Przecież jest szczęśliwy!". "Bo Mamusia go porzucaaaaaa!".