W czasach, gdy Mamą nie byłam, miałam dziwne pojęcie na temat rozwoju Maluchów. Wydawało mi się, że po narodzinach wszystko dzieje się szybko, płynnie i bezproblemowo. W skrócie: dziecko rodzi się i wstaje. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo każdy miesiąc jest dla dziecka frustrujący. Jak wiele musi pokonać przeszkód, aby stać się w pełni mobilnym, panującym nad swoim ciałem Małym Człowiekiem. Na początku nie jest nawet świadomy, że jego kończyny rzeczywiście należą do niego. Jakieś ręce latają przy twarzy, często zaczepiają i nawet nie można ich złapać, opanować, zatrzymać. Gdy ręce okazują się być rękami, przez kolejne miesiące odbywa się długa nauka posługiwania się nimi oraz palcami. W między czasie nogi mącą w głowie i rozpraszają. Później przychodzi etap dostrzegania fantastycznych rzeczy, które można dotknąć i posmakować, ale ciemna strona mocy siłą trzyma malucha na plecach i nie pozwala się przekręcić. Okazuje się następnie, że przewrotka niewiele daje, bo jak przekonać fantastyczne otoczenie, aby podeszło bliżej, skoro Maluch na podejście nie ma sposobu. Jest jeden skuteczny sposób: płacz. W pewnym momencie, po licznych próbach, wszytko zaczyna przybliżać się szybciej i sprawniej. Jednocześnie przedmioty okazują się być bardzo wredne i nieprzyjazne. Biją, utrudniają, na złość robią. Gdy froterowanie podłogi i opanowanie świata przyziemnego staje się nudne, czas na mordercze wysiłki zdobywania wyższych poziomów wtajemniczenia. Pojawiają się kolejne utrudnienia. Bo gdy już zdobywa się szczyty, trudno o bezwypadkowe zejście do parteru. I tu pojawia się po raz kolejny niezastąpiona funkcja Mamy. Na zaczopkowanie przy pralce, szafce, lwie, łóżku, stoliku, kuwecie, krześle, drapaku, schodach, szafie, szufladzie jedna jest rada: MAMO ratuj!

