poniedziałek, 5 marca 2012

domowa świątynia

JJ w naszym domu wyznaczył miejsce kultu. Minutami, co w świecie dziecka znaczy wieczność, klęczy tam, medytuje, śpiewa, pokrzykuje, odprawia modły. Nie uznaje wymigiwania się od rytualnych czynności. Gdy nie ma nas przy nim, piszczy i nagania. Prawdziwy misjonarz z powołania. Przez kilka dni stał przed dylematem co wybrać. Którą drogę obrać? Co bliższe będzie jego przekonaniom? W czym się spełni? Testował. Radio dostało swoją szansę. Stał przy nim nieugięty. Kilka dni pościł w imię muzycznej wiary. Lecz ONA zwyciężyła. Ujęła go swoim wnętrzem. Teraz na pytanie: "gdzie jest Kubuś?", odpowiedź jest prosta: "robi pranie!".


sobota, 3 marca 2012

w świecie literatury

Przez większość życia w obcowaniu z książkami popełniam dwa zasadnicze, godne kary błędy. Czytam kilka pozycji jednocześnie. Oczywiście nie dokładnie w tym samym czasie zegarowym. Ale nim skończę jedną książkę, sięgam po kolejną i tym sposobem przy moim łóżku notorycznie piętrzy się wieża literatury. Gdy już jestem w trakcie literackiej ekstazy, co jakiś czas mam ogromną ochotę zerknąć na ostatnie zdanie książki. Kilka razy uległam. Chyba w ten sposób obnażyłam swoje dwie najgorsze cechy charakteru: często zaczynam pewne sprawy i ich nie kończę, gdyż już coś innego pochłania moją uwagę oraz gdy już uda mi się być na dobrej drodze do zakończenia działania, to nie lubię zbyt długo czekać na efekty. Moim zdaniem powiedzenie: "pokaż mi co czytasz, a powiem Ci jakim człowiekiem jesteś" powinno ulec zmianie na: "pokaż mi jak czytasz...". Uwielbiam kupować książki i to uwielbienie materializuję przy kompletowaniu biblioteki JJ. W jaki sposób Kubuś czyta książki? Szarpie, drapie, ślini, gniecie. Zerknie raz, wyrzuci. Bez zahamowań przechodzi ekspresem do ostatnich zdań. W ciągu dnia rymujemy. Natomiast wieczorem Mama czyta, a Syn odpływa w objęcia Morfeusza. Gdy jeszcze ma otwarte oczy, a ja sprawdzam stan oddalenia, patrzy na mnie i mówi: yhy, yhy (tłum. dalej Mamo! dalej!). Obecnie czytamy "Okruszek rusza na Kraj Świata". Książkę niezwykłą! Gdy JJ zasypia ja czytam cichutko dalej sama i korci mnie bardzo, aby choć na chwilkę zerknąć na ostatnie zdanie...







czwartek, 1 marca 2012

łatwo teoretyzować

Jakiś czas temu blogowa koleżanka zwróciła się do mnie z prośbą o opinię: niania czy żłobek? Padła długa odpowiedź ze słowami uzbrojonymi we własne przekonanie. Teraz dopiero zastanawiam się skąd właściwie to przekonanie się wzięło. Zapewne z jakiś życiowych pseudo doświadczeń, przemyśleń, historii znajomych. Ale nie zostało przebadane na własnej skórze. Nie dotknęłam go. Nie spróbowałam. Obecnie pozostało mi jedynie uśmiechnąć się do siebie na myśl o radzie: niania wiekowa z doświadczeniem. Nie wzięłam pod uwagę tego, że na taką ważną decyzję nakładają się nie tylko poglądy, lecz życiowa weryfikacja różnych sytuacyjnych możliwości. Za miesiąc wracam do pracy. Stanęliśmy rodzinnie przed tym samym pytaniem. Po rozwiązaniu równania wynik wyszedł zaskakujący. Wracam do pracy + Kris również pracuje + mimo świetnego żłobka obok domu nie wyślę tam JJ dopóki samodzielnie nie chodzi + pomoc dziadków została wykluczona + wiekowe nianie odmówiły nam współpracy ze względu na trzecie piętro bez windy + siostra przyjaciela Krisa po resocjalizacji poszukuje pracy = niania będzie młoda z doświadczeniem zdobywanym w naszej obecności od przyszłego tygodnia.


środa, 29 lutego 2012

dla kogo lekarz?

Pradziadek mój, poza wspaniałymi, czarnymi, bez siwego dotknięcia, zachowanymi do późnych lat życia włosami, miał jeszcze jedną charakterystyczną cechę: płakał na zawołanie. Nie był to płacz wymuszony, teatralny. Normalny, spontaniczny, reakcja wrażliwca na zewnętrzne bodźce. Od dziecka słyszałam, że to po nim w moich genach zaplątały się łzawe właściwości. Tak po prostu mam. Sytuacja, ścisk w sercu, szef w centrali popędza złącza krzycząc: "wyciskamy! wyciskamy!" i oczy już się szklą. Po narodzinach Kubusia płaczę jakby mniej. Stałam się bardziej odporna, waleczna i już tak wiele rzeczy nie jest w stanie moich kanalików łzowych rozruszać. Lecz przychodzi moment krytyczny i nawet publika nie działa hamująco. Po prawie dwóch miesiącach czekania na umówiony termin wybraliśmy się do neurologa. Mobilizacja, plan dnia podporządkowany, psychiczne nastawienie w normie. Zabrakło jak się okazało ważnego skierowania! Nie. Nie chodzi o to, że skierowano nas z "nie siedzącym problemem"...minęły w końcu dwa miesiące, więc problem w końcu sam usiadł i się rozwiązał. Skierowanie było wypisane na Lesława. Nie wiem skąd ten Lesław przybył. Był i już i utrudniał. Gdy usłyszałam, że nie dostaniemy się do lekarza (to już kolejne medyczne utrudnienia) to najnormalniej w świecie łzy krokodyle popłynęły mi po policzkach. I co się okazało? Lesław przestał być przeszkodą, a neurolog nas przyjął. Może dotarły do niego wieści, że trafiła się mama mniej zrównoważona i bardziej potrzebująca pomocy niż Syn. Diagnoza pocieszająca. JJ emocjonalnie i intelektualnie jest sporo do przodu. Natomiast fizycznie potrzebuje rozruszania, więc dostał skierowanie na WF. Jak to zgrabnie ujął lekarz: "ma pani wspaniałego synka. Leniwego inteligenta". "Po Tatusiu" dodałam ja.

wichajstry.blog.onet.pl

niedziela, 26 lutego 2012

marchewka czy kijek

Odkąd sięgam pamięcią, kary nie robiły na mnie większego wrażenia. Oczywiście wprowadzały chaos do świata emocji, zaburzały poczucie mojej wartości, zwiększały żal oraz odczucie niesprawiedliwości i niezrozumienia. Ale nie przynosiły efektu. A jeżeli jakikolwiek, to tylko chwilowy. Natomiast pochwały i nagrody to już inna historia. Dobre słowa, wyróżnienia, głaskanie po głowie i docenienie unosiły mnie ponad ziemię i motywowały. Tak funkcjonuję do tej pory. Siłą nikt niczego jeszcze u mnie nie wskórał. JJ chyba zaczyna poznawać reguły gry. Wczoraj, gdy wpadł w kolejny szał z powodu odebranej myszki do komputera, przestałam reagować. Dość już miałam kolejnej sceny w stylu: "ja Ci udowodnię, kto tutaj rządzi", fochów, faflunienia i "tupania" rękoma. Podobno takie malutkie dzieci nie działają intencjonalnie, nie wymuszają, nie robią na złość. Jeżeli tak jest w rzeczywistości, to brak mi słów na określenie tego, co dzieje się obecnie z Kubusiem. Bo w moim słowniku odnajduję jedynie słowo na M...MUSZĘ to mieć, natychmiast! Brak reakcji spowodował najpierw zawodzenie: mamama ma mama. A cha! Czyli jednak mama znalazła swoje miejsce w repertuarze licznych dźwięków. Po kolejnym braku reakcji uspokoił się, uśmiechnął i zainteresował zabawką. Dzisiaj rano nieświadomie zmienił taktykę. Popatrzył na mnie, powiedział MAMA i dał mi buziaka. Efekt? Wszystko było Jego.




czwartek, 23 lutego 2012

post

Chyba muszę głośno to powiedzieć. Oficjalnie. Zobowiązująco. Tak, aby się nie złamać. Bo powiedziane w skrytości myśli zawsze jakoś można zamydlić, ominąć przepisy, naciągnąć. Wypowiedziane i usłyszane już tak łatwo nie da się oszukać. Na czas Postu rezygnuję ze słodyczy. Nie jest to dla mnie łatwa decyzja, gdyż łasuch ze mnie straszny i bez słodkości na dłuższą metę życia sobie nie wyobrażam.

Intencja?

Cierpliwość obiadowa.


wtorek, 21 lutego 2012

spontaniczne żywienie

Moją przygodę z Kuby żywieniem, innym niż mleko, zaczęłam w jego 6 miesiącu życia. Przerażona obwąchiwałam półki żywieniowe dla maluchów, drżącą ręką przewracałam kartki w poradnikach. Wydrukowałam tabelę żywienia, którą dostałam od przyjaciółki. Pilnowałam składników, porcji i proporcji. Jaskrawym flamastrem zaznaczałam produkty, które już spróbował. Korzyści? Uratowałam psychikę od wariactwa wyboru. Zachowałam spokój i zdrowy rozsądek. Natomiast nie ustrzegło nas to przed alergią skórną. JJ dostał licznych, szorstkich, czerwonych plam na całym ciele. Wizyta u dermatologa i specjalne kremy pomogły. Znowu jest gładki jak pupa niemowlaka. A co zmieniło się w moim stosunku do jego żywienia? Wyrzuciłam poradniki, tabela kurzy się gdzieś na stercie zapomnianej makulatury. BLW, LWB, WBL? Słyszałam, nie czytałam. Nie sądzę, aby coś, co ludzie od początków dziejów robią w naturalny sposób, czyli jedzą, wymagało specjalnych filozoficznych otoczek. Żywienie Kubusia dostarcza mi wielu emocji. Martwię się, gdy nie chce jeść. Irytuję, gdy rozmazuje sobie wszystko po twarzy i wciera namiętnie we włosy. Śmieję się, gdy pluje i robi śmieszne, kwaśne miny. Ale mimo wszystko. Mimo wielu znaków zapytania staram się podejść do sprawy z sercem i matczyną intuicją. JJ dostaje obiadki z łyżeczki, ale gdy jest okazja daję mu zawsze coś na próbę do ręki. Ostatnio, gdy strasznie marudził podczas obiadu, dostał na tackę ziemniaka, marchewkę i kopytka. To wszystko popił naszym kapuśniakiem...ugotowanym na żeberkach, z normalnymi warzywami i przyprawami. Robieniu szumu wokół karmienia, mówię stanowcze NIE.